Dawno, dawno temu, w domu pojawił się Kot 1 (historia z serii: albo mnie weźmiesz albo zdechnę z głodu). Jest to kot w stylu: ja tu mieszkam a oni kredyt spłacają. Jest królem wszechrzeczy, a wszystko czego królem nie jest posiada w swojej całkiem wypasionej tylnej części ciała. A, że waży 7,5 kg, to ma gdzie posiadać …
Co naturalne, rok później w domu pojawił się Kot 2 (Kot 1 się nudził, a Azyl tak blisko… :).
Typowy poschroniskowy: Kochaj mnie kochaj, kochaj ! Kochasz mnie ? Bardzo ? Bo ja Cię taaaaaaaaaaaaak kocham !!!
Dwa lata później w domu pojawiło się Dziecięcie (płci żeńskiej).
W międzyczasie przeszłam ze 100 rozmów w stylu: a co zrobicie z kotami ? Mniej więcej po 51 razie zaczęłam opowiadać: ugotujemy, to na ogół pomagało :). Potem byłam zarzucana historiami jak to kuzynki babci znajoma miała kota i urodziła dziecko i ten kot temu dziecku straaaaszne rzeczy robił.
Trochę poszperałam w necie i tuż po wejściu do domu z 6 dniowym zawiniątkiem pierwszą rzeczą (literalnie pierwszą) było danie Kotom Dziecięcia do obwąchania. Kot 1 obwąchał, obrzydził się i tyle. Od tamtej pory omija. Raz próbował zasnąć w nowym kojcu (czytaj łóżeczku) ale po wyniesieniu za kark obraził się. Gdzieś na 2 miesiące.
Z Kotem 2 było gorzej: bardzo chciał żeby Pańciówna też go kochała (patrz zdjęcie). Przeszło mu gdy kolejny nieskoordynowany ruch małej rączki mało nie pozbawił go nosa.
Generalnie: nie interweniujemy (do tej pory), i koty i Juniorka muszą się nauczyć zasad współżycia społecznego więc dziecko parę razy dostało łapą, a koty nie raz (nie zdążywszy wcześniej uciec) służyły za poduszkę. No cóż…
Teraz każdemu kto pyta o relacje odpowiadam że koty głupie nie są i po pierwsze: widzą, że to dziecko pary alfa, a tego się zgodnie z nawet kocio-ograniczonymi zasadami społecznymi za bardzo nie tyka. A po drugie koty lubią własne: futro, oczy, ogony, uszy. Dzieci zaś lubią własną niepodrapaną skórę.
I tak sobie funkcjonujemy w szczęśliwej symbiozie :)
Jeszcze wstawka medyczna:
- Zanim koty i dzieci pojawiły się u nas w domu przebadałam się w kierunku ewentualnego przyszłego posiadania dzieciów. Wyszło, że mam bardzo wysoki poziom czegoś tam co pokazuje ze właśnie przeszłam toksoplazmozę, nie mając ani własnych kotów ani absolutnie żadnego styku z cudzymi. Generalnie koty były mi wówczas obce jak misie koala. Teraz wszystkim Ciężarówkom, które boją się przychodzić z wizytą obiecuje, że o ile nie wezmą z kuwety kociego (za przeproszeniem) guano, a potem nie obliżą sobie ręki (bez mycia oczywiście) to u mnie toksoplazmozy nie dostaną. Pomaga :)
- Ojciec Dziecięcia ma alergie, w tym na koty (odebrał wyniki badań 1 (JEDEN) dzień po przybyciu do nas Kota 1), Dziecię alergii nie posiada.
Pozdrawiam,
Asia Bukłaha
|