|
Oto informacje o kotkach, które wczoraj zabraliśmy z Azylu:
Podróż samochodem zniosły dobrze, chociaż z małym nieszczęściem pod koniec
podróży, ale byliśmy na to przygotowani, więc lignina szybko załatwiła
sprawę. Po przyjeździe do domu przepakowaliśmy kotki do dużej klatki i
podkarmiliśmy. Zjadły co nieco, kocurek mniej, koteczka całkiem sporo,
jednak wydawały się bardziej smutne niż zaniepokojone. Głaskać się
pozwalały, chociaż niezbyt chętnie, ale bez syczenia i gryzienia. Trochę
się rozglądały po mieszkaniu przez druty klatki, wydawały się
zaciekawione, więc po kilku godzinach zdecydowaliśmy się je wypuścić - w
mieszkaniu nie ma niedostępnych kryjówek, było organizowane pod kątem
kotów. więc nie baliśmy się, że zaszyją się gdzieś definitywnie.
Oczywiście natychmiast wlazły pod łózko i tam utknęły, ale postanowiliśmy
je tam zostawić na noc, o ile nie będzie jakiegoś dramatu. Nasz kociak
trochę się obraził i nie wchodził do pokoju, gdzie one były (ale dziś mu
przeszło - myślę, że poszło mu o to, że początkowo klatka stała na środku
pokoju i przeszkadzała mu w zabawie), zresztą do koteczki od razu ćwierkał
radośnie "mrrrrt, mrrrrt", kocurka co prawda najpierw sfukał, ale potem
ignorował, więc zostawiliśmy towarzystwo tam, gdzie było i położyliśmy się
spać. Noc przeszła dość spokojne, wyjąwszy to, że koteczka zjadła prawie
całą porcję naszykowaną dla nich obojga i nad ranem zwymiotowała, ale
bardzo kulturalnie i cichutko. Myślę,że to z powodu stresu i przejedzenia,
ale będę ją obserwować. Załatwiały się natomiast bohatersko do kuwetki,
choć wymagało to wyjścia spod łóżka - kuwetę postawiłam obok, bo pod
łóżkiem nie zmieściłaby się. Jednak rano nigdzie poza kuwetką nie było
nabrudzone. No, ale widać było, że po tak długim przebywaniu w klatce nie
podoba im się otwarta przestrzeń i czują się w niej źle. Rano więc
złapaliśmy oba (okazało się przy tym, że kocurek jest mistrzem w
wynajdowaniu kryjówek ! Ale na szczęście w naszym mieszkaniu nie ma miejsc
dostępnych dla kotów a niedostępnych dla ludzi) i powędrowały do klatki
ustawionej w spokojnym miejscu i osłoniętej ( w załączeniu przesyłam
zdjęcia). Na razie odpoczywają, co jakiś czas tylko zaglądam do nich i
głaszczę - głaskanie jest bez problemów, koteczka nawet zaczęła podstawiać
bródkę. Pokazywałam im różne zabawki - ale na razie są zanadto
przestraszone, choć początkowo wydaje się, że są zainteresowane. Poczekam,
aż odeśpią ostatnią noc i nerwy, i będę cierpliwie próbowała je rozruszać.
Nie mamy jeszcze imion dla nich, poczekamy, aż pokażą nam, jakie są.
Będę informować, jak kociaki się czują, tymczasem zaś pozdrawiam
serdecznie,
Anna.
Następne wiadomości:
Kociaki następną noc po przyjeździe również spędziły poza klatką, ale w
dzień zamknęliśmy je znowu i zabawialiśmy i głaskaliśmy. Pod wieczór
koteczka sama wyciągnęła nosek do mojego palca i go polizała - poprzednio
zlizywała mi z palców śmietankę (łakomczuszka z niej! :-), a kolejny raz
oblizała sam palec. Kocurek był mniej chętny do pieszczot, choć się też
nie odsuwał. Pokazywaliśmy im różne zabawki, ale bez efektu. Dużo też
bawiliśmy się przed klatką z naszym kociakiem. Następną noc koty spędziły
w klatce, bardzo spokojnie, nienagannie korzystając z kuwetki. Wczoraj
rano znowu otworzyliśmy klatkę. Pierwszy wymknął się kocurek, koteczka
jeszcze sobie drzemała i pozwalała się głaskać. Potem i ona wyszła, wlazła
za bratem pod kredens i siedziały tam obydwa z godzinę. Potem kotka wyszła
i dość śmiało zaczęła się rozglądać. Na to oczywiście zerwał się nasz
Polduś z radosnym ćwierkaniem no i się zaczęło - gonitwy po całym
mieszkaniu, zabawa w berka i w chowanego. Niedługo potem wyszedł kocurek,
więc Poldek zostawił koteczkę i zaczął nagabywać kocurka, żeby ten się z
nim bawił, ale jakoś nie mogli się dogadać - Poldek to wulkan energii, a
mały pewnie chciał się spokojnie rozejrzeć. Prawie cały dzień ganiali się
we trójkę po mieszkaniu - koty właziły pod kredens, gdzie zrobiły sobie
kwaterę główną, ale zaraz wyłaziły i znowu były gonitwy. Kilka razy Poldek
został sfukany, ale chyba niegroźnie, bo nie wyglądał na zestresowanego.
Jednak pod wieczór kociaki miały najwyraźniej Poldka dosyć. Kotka
wychodziła spod kredensu, chciała się umyć spokojnie, czy pójść do
kuwetki, a Poldek natychmiast zaczynał ją obskakiwać, więc właziła z
powrotem do kryjówki. Późnym wieczorem wyszła jednak i umościła się na
krześle. Tak ich zostawiłam, bo było już bardzo późno, więc położyłam się
spać w drugim pokoju (mąż musiał pojechać do naszego drugiego mieszkania,
gdzie ma swoją firmę i sprzęt potrzebny do pracy - i tam będzie kilka
dni). Prawie zasypiałam, kiedy usłyszałam rozpaczliwy pisk. Wbiegłąm do
pokoju kotów - oba nowe kociaki były pod kredensem, a Poldek lizał sobie
łapę na fotelu. Oho, pomyślałam, niedobrze - pewnie Poldek zapędził ich
pod kredens - w końcu to jego teren i jego krzesła. Zabrałam więc Poldka
do siebie - no i wtedy dopiero okazało się, że nasze kociaki z Rembertowa
to szatany, a nie kociaki! Z Poldkiem to nie chciały się bawić, ale we
dwójkę szalały przy drapaczce, ganiały się bez żadnych zahamowań, bawiły
się czym się dało, więc ten pisk to nie mogło być nic groźnego. Poldek
oczywiście chciał się dołączyć, ale zgarnęłam go do pokoju i znów
próbowałam zasnąć - już było dobrze po 4 rano. Nie pospałam długo, bo
znowu rozległ się krzyk kociej krzywdy - no ale wiedziałam, że tym razem
Poldek nie może być winowajcą, bo spał ze mną i razem ze mną wyleciał z
pokoju zobaczyć, co się stało. Koty oczywiście były pod kredensem, ale
wyglądały na całe i zdrowe. Myślę, że któreś musiało zaczepić łapką o
gumkę od wiszącej na drapaczce myszy-zabawki - kiedyś Poldek też sie tak
zaplątał i podobnie płakał, że coś go trzyma i nie puszcza. Zabrałam więc
na wszelki wypadek zabawki, ale już była cisza - i tak jest do tej pory,
podjadły tylko trochę i skorzystały z kuwetki, poza tym siedzą pod
kredensem. Jeśli nie wyjdą za niedługi czas, znowu złapię je i wsadzę do
klatki - może jednak Poldek za bardzo je wczoraj zestresował? Ale nie było
specjalnego fukania ani agresji ani z jego, ani z ich strony. Może coś
się wydarzyło w nocy? No nic, wracam teraz do "ich" pokoju i będę czekać,
co będzie się działo dalej.
Styczeń 2007:
Spieszę donieść, że kociaki mają się dobrze, tylko okazało się, że to, co
miało być braciszkiem białej koteczki (nazwaliśmy ją Murka), w
rzeczywistości jest siostrzyczką ... Wcześniej nie można było tego stwierdzić,
bo kociak przesypiał cały dzień od meblami, wychodził dopiero późnym
wieczorem, i co wyszedł - to zaczynał go molestować nasz Polduś. Dosłownie
nie dawał kociakowi żyć - czyhał na niego, gdy kociak szedł do kuwetki,
wskakiwał na niego i przewracał, postawiłam więc kuwetę pod krzesłem i
położyłam na nim szmatę, żeby kotek mógł się spokojnie załatwić, ale nie
pomogło: Polduś siadał na krześle i zeskakiwał na kotka, kiedy ten
wychodził. Molestował go zresztą przy każdej okazji, kiedy tylko kotek
wychodził spod mebli - właził mu na grzbiet, przewracał i podgryzał.
Oczywiście jak tylko kotek wyrwał się Poldkowi,to właził z powrotem do
kryjówki. Byłam zrozpaczona: po pierwsze, zaczęłam podejrzewać Poldka o
skłonność do kocurków, po drugie - wyglądało na to, że czarnuszkowi trzeba
będzie szukać innego domu. No ale sprawa niedawno się wyjaśniła: wstając
rano usłyszałam charakterystyczne pomruki i popiskiwania z pokoju, w którym
śpią zwierzaki. Zdziwiłam się, bo wydawało mi się, że ruja u białej kotki
już się skończyła, a jest za wcześnie na kolejną. Weszłam do pokoju no i
widzę, że domniemany czarny kocurek tarza się po dywanie, popiskuje i wypina
pupkę ... Biedny Polduś wyglądał na załamanego. Prawdę mówiąc wyglądało na
to, że ma już trochę dość amorów, w końcu jest jeszcze młody, a biała
koteczka najzwyczajniej go uwiodła ... I wciąż jeszcze domagała się, żeby
Polduś z nią spał, właziła mu na posłanko i w ogóle nie odstępowała go na
krok, a tu taki pasztet - teraz musi dzielić się nim z siostrą ... Ale Polduś
teraz tak bardzo zainteresowany czarnulką nie był, choć przedtem nie dawał
jej spokoju. Kiedy obie mu zbytnio dały się we znaki, wskakiwał mi na ramię,
zwijał się w kłębek na mojej szyi i patrzył na nie z góry. Może dlatego ruja
u czarnuszki (miał być Saszka, no ale okazała się Sonia) trwała dłużej, niż
u siostry. Ja w każdym razie prawie trzy tygodnie nie spałam porządnie :-)
No, ale szaleństwo minęło, i - poza tym, że wyjaśniło się, że Polduś nie ma
podejrzanych skłonności :-) - miało ten dobry skutek, że obie kotki
zadomowiły się w mieszkaniu, urzędują już śmiało "na wierzchu" i nawet
pozwalają mi się kręcić po domu i nie zwiewają do swoich kryjówek, kiedy
przechodzę koło nich. Mogę podejść bardzo blisko, a czasem one podchodzą
same, kiedy idę do nich z jedzeniem, nawet wąchają mi ręce, ale dotknąć
wciąż jeszcze się nie pozwalają. Co prawda to i tak sukces,
dwa tygodnie trwało, zanim zaczęły się trochę bawić, potem ponad dwa
tygodnie rui po kolei u każdej z sióstr, no ale teraz szaleją z
piłeczkami, bawią się z Poldkiem, co prawda też i czasem się biją, ale
zaraz potem liżą sobie nawzajem pyszczki. Za tydzień we środę jestem
umówiona z drem Czerwieckim na sterylizację Murki - trochę się boję, choć
to lekarz z ogromnym doświadczeniem i znam go od wielu lat, no ale z
narkozą różnie bywa. No cóż, nie ma wyjścia ... Tydzień później na operację
pojedzie Sonia, a za parę tygodni - Polduś. Jednak z tego względu, że obie
kotki wciąż nie są dobrze oswojone, myślę, że na razie nie byłoby z naszej
strony rozsądne branie kolejnego kociaka do oswajania. Niestety, te prawie
trzy tygodnie rui, kiedy one na nic nie zwracały uwagi, było stracone dla
nawiązywania z nimi kontaktu, choć tyle się udało osiągnąć, że wiedzą, że
w mieszkaniu są bezpieczne i akceptowane. Teraz będą sterylizowane i będą
potrzebowały trochę spokoju, żeby dojść do siebie.Musimy też doprowadzić
do tego, żeby Murkę i Sonię można było brać na ręce - do tej pory nie
udało się dać ich do obejrzenia lekarzowi, mimo, że dr Czerwiecki
przyjechał do nas do domu. Raz udało się je złapać, ale zdołały się
wyrwać, i było po herbacie - wylazły spod mebli dopiero godzinę po wyjściu
lekarza. Tak nie może być, bo w razie jakiegokolwiek problemu nie da się
ich leczyć - w klatce będą wariować, a dotknąć się nie pozwolą, więc
muszę je całkiem oswoić, tymczasem teraz czeka je wielki stres w postaci
operacji i boję się, że po tym cofniemy się w postępach w oswajaniu i
trzeba będzie zaczynać niemal od początku, więc będę musiała poświęcić im
mnóstwo uwagi. Ale jak tylko sytuacja się unormuje, to chętnie weźmiemy
następnego kotka do oswojenia, choć raczej będzie musiał zostać w klatce,
żeby uniknąć spięć z nasżą trójką, która jest już nieźle ze sobą zżyta. No
ale i tak - tak, jak się umówiłyśmy - kolejne kotki będą przygotowywane do
tego, żeby znaleźć inny, stały dom, bo my nie damy sobie rady z więcej,
niż trzema kotami. Jeszcze chciałam napisać, że obie koteczki są bardzo
grzeczne i czyste. Nie wiem, jak one to robią, bo ganiają się czasem po
wszystkich pomieszczeniach, ale dotychczas niczego nie zrzuciły ani nie
potłukły. Wprawdzie mieszkanie jest przystosowane do kotów, no ale w
ferworze zabawy różne pomysły mogą przyjść do łebków - a tutaj nic! Bawią
się tylko tym, co im dam do zabawy, nie ma żadnego dzikiego skakania po
meblach, najwyżej ostrożne zwiedzanie - po prostu znakomicie wychowane
kotki !
Marzec 2007:
Długo się nie odzywałam, dużo się działo, obie kotki zostały
wysterylizowane, nasz Polduś również, no i wreszcie mogę przesyłać
zdjęcia. Sterylizację obie koteczki zniosły dobrze, Murka w ogóle bez
problemów, trzeciego dnia po operacji ganiała za swoją futrzaną saszetką.
Sonia - fizycznie nawet szybciej doszła do siebie niż Murka, tylko
psychicznie zniosła ją gorzej, bo już była w ciąży z Poldkiem, i kilka dni
była niespokojna, fukała na mnie i na Poldka, ale ostatecznie wróciła do
normy. Sonia to ukochana Poldka, ona też jest w nim zadurzona i nawet po
sterylizacji obojga tak zostało. Sonia rozkosznie pręży się pod samym jego
noskiem, ociera się pyszczkiem o jego kark, on zaś obejmuje ją łapkami i
czule myje jej pyszczek. Murkę - jak widać na zdjęciu - Poldzio też
traktuje z czułością, ale jednak rzadziej. Koteczki są całkiem zadomowione
i wreszcie zaczęły mnie zauważać. Nie to, żeby się głaskać, ale od
jakiegoś czasu śpią na krzesłach pod stołem, przy którym pracuję na
komputerze, a od kilku dni domagają się, żebym się z nimi bawiła. Czasem -
niby niechcący - trącą łapką moje palce, czasem - tak tylko przechodząc -
otrą się o moją nogę, więc jestem dobrej myśli co do tego, że dadzą się
oswoić. Z Poldkiem tworzą zgodne stadko, gdy któreś zniknie im z widoku,
zaczynają się szukać i nawoływać. Po operacji Poldka zdecydowałam, że nie
wrócę z nim do domu, póki działa narkoza,żeby kotki go nie widziały w
takim stanie, zanocowałam więc w innym miejscu i dopiero rano, kiedy
kocurek wytrzeźwiał, wróciliśmy do koteczek. Koty przywitały się i poszły
zaraz spać, ja zresztą też i po obudzeniu zastałam na ich posłanku koci
przekładaniec: na spodzie Poldek, na nim Murka, a na tym wszystkim - Sonia
:-)
Opracowaliśmy już system łapania kotek, żeby zawieźć je do lekarza,
ostatnim razem dały się bez żadnych problemów wziąć w ręce i zapakować do
klatki, tyle, że z Sońki robi się straszny lejek, jak się zdenerwuje (co
zauważyliśmy od razu, jak tylko przyjechała do naszego domu). Dlatego,
biedna, zamiast na wygodnej poduszce, musi jeździć w klatce wyścielonej
ligniną, cykorka jedna! :-( Ale kiedy czuje się bezpieczna, nienagannie
korzysta z kuwetki (Murka zresztą też), i nie zdarzyła jej się żadna
wpadka poza oczywiście sytuacjami, kiedy była łapana. Nigdy nie myślałam,
że w takim małym kocie może zmieścić się aż tyle wody :-)
Poza tym Sońka jest gadułka, ciągle ma coś do powiedzenia, tyle, że nie
miauczy, tylko grucha :-) Natomiast Murka jest raczej milcząca, rzadko
zdarza jej się coś zagadać, i też to jest takie "mrrrt-mrrrrt", a nie
miauczenie.
Fantastycznie jest obserwować takie zgodne stadko, godzinami można
przyglądać się, jak się bawią, jak z namysłem oglądają nowe zabawki, zanim
zaczną ich używać, jak porozumiewają się między sobą. Nadal są bardzo
grzeczne, nie psocą, nie zrzucają rzeczy, choć ganiają się po całym domu,
ale - wyłącznie po podłodze. Jeśli wchodzą na meble, to ostrożnie i z
namaszczeniem. Przez jakiś czas obie uwielbiały wpatrywać się w wyłączony
telewizor, w którym odbijało się to, co działo się w pokoju...Włączony
interesował je znacznie mniej :-)
Za kilka tygodni przenosimy się do naszego ogródka na działce.
Już zaczęłam tam urządzać wszystko tak, żeby nasze koty były zadowolone i
bezpieczne.
Mam nadzieję, że im się tam spodoba. Będę dawać znać, jak się
kotom powodzi, a tymczasem przesyłam zdjęcia obu koteczek i całej naszej
kociej trójki - na pierwszym planie jest Sonia, drugie czarno-białe to
Polduś.
Serdecznie pozdrawiam,
Anna.
Kwiecień 2007:
Najnowsze wieści: mieliśmy ostatnio dużo przeżyć - zamieszkały z nami, być
może przejściowo, być może na stałe - to się jeszcze okaże - dwa koty
spośród naszych działkowych. Na razie strosunki nowych przybyszów z
dotychczasowymi mieszkańcami układają się znośnie, acz nie idealnie, więc
tragedii nie ma, ale być może jednak "nowym" trzeba będzie poszukać domu.
Natomiast idealna harmonia panuje między Murką, Sonią i Poldkiem -
zwłaszcza ta ostatnia para jest nierozłączna i nie chcemy tego popsuć. W
zeszłym tygodniu, pomimo wszelkich środków ostrożności, dopadł nas jakiś
wirus - Murka zachorowała na silne zapalenie gardła, a Poldek złapał
infekcję dróg oddechowych i odezwały się do tego widocznie nie wytłuczone
dawniej do końca robaki, tak, że musi spędzić kilka dni w szpitalu. Murcia
już jest prawie zdrowa, jeszcze trochę kicha, ale poza tym już wszystko
jest normalnie. Sonię też zbadaliśmy - z nią wszystko jest w porządku,
dostała jednak zastrzyki na podniesienie odporności i teraz jeszcze raz
odrobaczamy całe towarzystwo. Obie koteczki nabierają coraz więcej
zaufania, tak że od jakiegoś czasu nie ma większego problemu z
zawiezieniem ich do lekarza, choć oczywiście uciekają, jak tylko widzą
klatkę. Ale w końcu dają się złapać i spakować, bez żadnego drapania i
gryzienia. Robiliśmy im testy białaczkowe i pobieraliśmy krew do badań -
niemalże same wyciągały łapki do zabiegu :-) Tylko że bardzo nie lubią
leczenia i szkoda, że Murka zachorowała akurat wtedy, kiedy zaczęła
pozwalać na dotykanie i głaskanie. Niestety - przez tydzień codziennie
woziliśmy ją do lekarza i znowu zaczęła kojarzyć dotyk z czymś bardzo
nieprzyjemnym. Teraz przez jakiś czas zostawię ją w spokoju, może trochę
zapomni? Sonia daje się głaskać tylko wtedy, kiedy siedzi w klatce, jest
mniej potulna, a zarazem bardziej bojaźliwa, niż siostra. No, ale
najważniejsze, że tyle udało się przełamać, że można je zabrać do
weterynarza i wykonać konieczne zabiegi. Nie oczekujemy, że będą
nakolankowymi pluszakami, choć miło by było, gdyby tak się stało, ale
jeśli nie zechcą - to trudno. Mamy mnóstwo frajdy obserwując ich zabawy i
wzajemne czułości, i to nam wystarczy.
Murcia jest poważniejsza, niż Sonia-trzpiotka, najchętniej śpi na słońcu,
ale gdy się rozbawi, to po całym mieszkaniu przelatuje biało-łaciata
błyskawica :-) Natomiast Sońka jest flirciara - gdy zjawił się w domu nowy
mężczyzna (no - ex-mężczyzna), zaraz zaczęła się koło niego kręcić ku
utrapieniu Poldka. Na szczęście "nowy" chyba zorientował się, że to
dziewczyna gospodarza i ją delikatnie odpędza :-) Do Poldka Sońka też się
wdzięczy, zaczepia go, i potrafią wiele minut leżeć koło siebie myjąc
sobie nawzajem pyszczki. Sonia rozkosznie się przy tym pręży i wyciąga, a
Poldek leży przy niej z błogą miną. Potem Sonia zaczepia Poldka łapką,
zaczynają się siłować, Poldek gryzie Sonię w tylną łapę, ona w płacz i
wstaje cała potargana (futerko ma prześliczne, długie i jedwabiste)
żałośnie lamentując, jak okropnie została skrzywdzona :-) Potrafi w nocy
obudzić się z płaczem i biegać po mieszkaniu szukając śpiących w innych
miejscach siostry i Poldka. A u weterynarza i w drodze do lecznicy (wozimy
je czasem razem, w jednej klatce) siostry siedzą kurczowo w siebie
wczepione, objęte łapkami tak, że nie sposób ich rozdzielić. Naprawdę
śliczne, wspaniałe kociaki, Pani Ireno! Bardzo się cieszymy, że namówiła
nas Pani na wzięcie obu dziewczynek, nie wyobrażam sobie, że możnaby je
było rozdzielić. Rosną, już ważą ponad dwa kilogramy, Murcia ma chyba
skłonność do tycia, więc niedługo będzie musiała przejść na karmę "light",
choć jest łakomczucha i najchętniej jadłaby kocięcą, ale już od jakiegoś
czasu podaję im mniej kocięcej, a więcej dorosłej. Lubi też surową
wołowinę, najlepiej w dużych kawałkach do gryzienia. Sonia zaś je jak
wróbelek, jest też mniejsza od siostry i pyszczek wciąż ma dziecinny, a
zarazem wygląda bardzo zalotnie :-) Bo Murcia to raczej taka stateczna
gosposia :-) Muszę im zrobić ładne zdjęcia, teraz już można do nich
podchodzć bez problemu, Sonia ostatnio nawet ulokowała się razem z
Poldkiem na pufie tuż przy fotelu, na którym siedziałam. Postaram się
sfotografować całą trójkę w chwili czułości - prześlicznie wtedy
wyglądają! W czerwcu będziemy mieli w pełni zabezpieczone okna i balkon,
cieszę się na myśl, że kociaki będą mogły powylegiwać się na powietrzu, bo
zrezygnowaliśmy z pomysłu przeniesienia się tego lata na działkę, więc
koty są niewychodzące. Posieję im trawy w skrzynkach, to co prawda tylko
namiastka ogrodu, ale zawsze coś...
Serdecznie pozdrawiam,
Anna.
|